Zdecydowana większość przykrych zdarzeń, do jakich dochodzi podczas jazdy konnej, spowodowana jest błędami ludzi. Używając terminu błąd, mam na myśli różnego rodzaju niewłaściwe postępowanie, prowokujące konie do niepożądanego zachowania. Ktoś kiedyś powiedział, że "konie uczą pokory". To bardzo prawdziwe powiedzenie. Jego sens odkrywają zwykle ci, którym wydaje się, że już właściwie wszystko wiedzą, aż do momentu, gdy życie zweryfikuje ten pogląd.
Na przykładzie pokażę, jakiego typu błędy mam na myśli. Słyszy się czasami o przypadkach wspinania się konia pod siodłem, kończących się jego upadkiem. „Ja mu łydę, a on się wspiął, stracił równowagę i przewrócił się na plecy, miałem szczęście, że mnie nie przygniótł” - tak mogłaby brzmieć relacja jeźdźca. Miał szczęście, że go nie przygniótł - znam przypadki, w których kończyło się to bardzo źle.
Każdy, kto widział baraszkujące na pastwisku młode konie, szczególnie ogiery, nie raz obserwował, jak potrafią „stawać dęba”, czyli unosić przód nad ziemią, dźwigając cały ciężar na tylnych nogach. Robią to podczas zabawy wielokrotnie i nie zdarza im się prawie nigdy wywrócić, a już na pewno nie w tył na plecy. Konie wspinają się podczas zabawy bądź potyczek pomiędzy ogierami, i czynią to z pełną świadomością, świetnie panując nad równowagą.
Pod siodłem konie wspinają się w sytuacji, gdy czują się zdesperowane brakiem możliwości ucieczki (np. gdy jeździec używając swej siły i działania kiełzna, wstrzymuje konia, jednocześnie stosując wobec niego presję za pomocą np. kłucia go ostrogami). Zachowują się też tak, aby nastraszyć jeźdźca perspektywą przewrócenia się bądź upadku (koń wspina się „mając nadzieję”, opartą o doświadczenie, że jeździec zaprzestanie swych działań, łapiąc się za jego szyję w obawie przed upadkiem). W pierwszym przypadku - działania w desperacji - koń może stracić równowagę i przewrócić się na bok lub do tyłu. W przypadku wspinania się „dla nastraszenia jeźdźca” koń zwykle robi to „z pełną świadomością” i w pełni kontroluje sytuację, unosząc się nad ziemią tak, by nie stracić równowagi i nie przewrócić się.
Świadomość, wynikająca ze znajomości zachowań koni, może uchronić człowieka przed przykrymi przypadkami i ich skutkami. Jeździć konno powinno się „z głową”, a głowa powinna być chroniona kaskiem. Od pewnego już czasu używanie ochronnego nakrycia głowy stało się codziennością. Przyczyniła się do tego z pewnością coraz większa świadomość, coraz więcej rozsądku, coraz mniej „szpanu”, a także powszechny już dostęp do dobrej jakości wyposażenia jeździeckiego. Tak jak bezpowrotnie minęły czasy jazdy na motocyklu z gołą głową, tak i minęły czasy jazdy konno bez odpowiedniego zabezpieczenia.
Oglądając w telewizji relacje z zawodów ujeżdżania byków, w których uczestniczą „cowboys” z obu Ameryk i z Australii, dostrzec można i tam zmiany w kwestii bezpieczeństwa. Kowboje, dla których kapelusz jest nieodłącznym atrybutem i nakryciem głowy zdejmowanym chyba tylko do snu (i to nie zawsze do końca, bo często i podczas snu służy on jako „zasłaniacz” oczu), odkładają go na moment kilkusekundowej jazdy na byku, na rzecz ochronnego kasku. Choć są jeszcze tacy, którzy dosiadają byka w tradycyjnym nakryciu głowy, większość rezygnuje z fasonu na rzecz bezpieczeństwa. Kto oglądał popisy tych wspaniałych facetów, dostrzegł, że wszyscy używają „zapożyczonych” od WKKW-istów kamizelek ochronnych, które obok skórzanych, ozdobnych czapsów, stały się nieodzowną częścią ich ubioru.
Wszyscy wiemy, że jazda konna niesie ze sobą pewien ładunek ryzyka i bywa niebezpieczna. To wszystko jednak w dużej mierze zależy od ludzi. Niedawno ktoś parafrazując znaną reklamę powiedział że: "jeździectwo jest jak Media Markt..." - i chyba miał rację.