Strona Główna > Historia

Ameryka Północna i Południowa

ABig ANormal ASmall

dodano: 09.07.2010


500-1235390766-Cavalry_and_Indians

Któż nie słyszał o legendarnym stylu jeździeckim Indian północnoamerykańskich? Kto z nas nie zaczytywał się w książkach Karola Maya pełnych pościgów i utarczek na bezkresnych równinach? O prawdziwym wizerunku konnych Apaczów i kwestii nudy w szeregach kawalerii amerykańskiej dowiecie się ruszając z nami ku krainie bizonów, mustangów i szamańskich obrzędów Tańca Ducha. Zapraszamy.




Do zajeżdżania nie używano w ogóle wędzideł. Indianin trzymając już konia na ogłowi długo głaskał go od szyi do nóg, powtarzając tę czynność przez wiele dni. Gdy koń po wielu lekcjach w pełni oswoił się z takimi podejściami, jeździec podciągał się na łokciach kładąc się na wznak na koniu, tak by ten mógł odczuć jego ciężar. Czynność tę powtarzał przez wiele dni. Jeżeli koń akceptował także ten etap, wówczas Indianin dosiadał go, zachęcając lekkimi pomocami do ruszenia na wprost. Ten „naturalny” typ oswajania konia przynosił doskonałe efekty w postaci spokojnych i ufających człowiekowi zwierząt. Konie bojowe trenowane były w szybkości i nagłych zwrotach tak, by były kierowane jedynie dosiadem i nogami.

Umożliwiało to walkę wojownikom obiema rekami. Charakterystyczne dla Indian było stosowanie pętli z włosia końskiego przewiązywanego do grzywy tak by wojownik mógł się trzymając owej pomocy, chować za konia w pełnym pędzie. Konie były także uczone przybywania na umówiony sygnał głosowy lub gwizd. Wojownicy często uczyli koni wsiadania z prawej strony by zapobiegać kradzieżom. Uszy indiańskich rumaków były nierzadko przycięte w określony kształt tak, by w ciemności wojownik mógł rozpoznać swojego wierzchowca. Konie dzielili Indianie na podróżne, bojowe i łowcze. Konie do polowań musiał być niezwykle szybki i skłonny do odpowiadania na bardzo lekkie sygnały. Uczony był także, by bez kontroli jeźdźca ścigać cały czas zwierzynę.

Przed walką odmawiano specjalne modlitwy za pomyślność konia oraz malowano go w te same symbole co wojownika. Konie używane do walki nie były dosiadane w trakcie podróży – na ten czas wojownik jechał na innym koniu. W ogony wplatano kolorowe sznurki. Szyje konia zdobiły zawieszane na rzemieniach pazury i elementy łowieckie, zaś do grzywy wpinano skalpy pokonanych wrogów. Konie przed bitwą wprowadzano do wody na wysokość brzucha, nacierając im przy tym mięśnie piaskiem, szamani zaś odprawiali rytuał błogosławienia. Każdy zabity wierzchowiec żegnany był na podobieństwo człowieka. Wierzono, że duch konia może powracać i towarzyszyć jeźdźcowi, zaś złe traktowanie konia ściągnie zemstę na jego właściciela. Wiele plemion wierzyło również, że konie mają moc leczenia ran i chorób ludzi. Każda wojna oceniana była pod względem ilości zdobytych koni.

Często same walki plemienne był traktowane jako rodzaj końskiej rywalizacji sportowej, choć nie obywało się bez ofiar. Wędrujący wojownik, jako głowa rodziny musiał dysponować co najmniej 5 wierzchowcami, które zdolne byłyby nieść juki podróżne. Dzieci od małego uczone były jazdy konnej, zapędzania i pilnowania stada. Kobiety w kulturze Indian jeździły równie dobrze co mężczyźni. Konie były praktycznie zawsze na wolnym powietrzu. Jedynie w chwilach bardzo gwałtownego pogorszenia się pogody, budowano najwartościowszym koniom szałasy. Większość koni żywiła się sama, wypuszczana samopas, mimo tego zachowywały one doskonałe zdrowie i kondycję. Wojownik chcąc obrazić innego wojownika uderzał mocno jego konia w chrapy. Za siodło służyły Indianom wypchane włosiem zwierzęcym poduszeczki i czapraki.

Pisząc o Indianach Ameryki Północnej, szczególnie tych z terenów dzisiejszych USA nie sposób pominąć faktu, że ta piękna kultura została bardzo brutalnie zniszczona przez białego człowieka. Masowe eksterminacje Indian dokonywane przez podrzucanie im zarażonych ospą lub grypą koców, strzelanie do bizonów z okien pociągów (przejeżdżający przez prerię maszynista zatrzymywał pociąg widząc stado bizonów, wtedy każdy kto posiadał broń mógł potrenować strzelanie, nie wychodząc nawet z pociągu by dobić konające zwierzęta), nagrody za skalpy, czy wreszcie zwyczajne akty ludobójstwa w poszczególnych wioskach indiańskich, bynajmniej nie przynoszą chluby potomkom kolonizatorów pogranicza. Resztki niedobitków indiańskich zamknięte zostały w rezerwatach, gdzie sowicie pojono je alkoholem i dekadencją wszelkiego typu. Ironią jest, że dziś ów brutalnie spacyfikowana rdzenna kultura jest oczkiem w głowie amerykańskich historyków. Obecnie na terenie Ameryki Północnej żyje około 2, 5 miliona Indian, którzy litościwie otrzymali status obywatela w latach trzydziestych XX wieku. Legenda dzikiego zachodu choć bujna i ciekawa, trwała niezwykle krótko – w 1883 roku z trzydziestu milionów bizonów zostało na wolności jedynie 230 sztuk!

Nie lepszy los spotkał mustangi. O ile jeszcze w początkach XX wieku ich liczbę w zachodnich stanach USA oceniano na milion, o tyle do końca lat 70 XX wieku ich liczba spadła do kilkunastu tysięcy. Największe straty konie te poniosły w latach 1950-1970 gdy masowo zaczęto na nie polować przetwarzając ich mięso na puszkowaną karmę dla psów i kotów. Zaganiane helikopterami i samochodami terenowymi, konie nie miały żadnych szans. Obecnie mustangi są prawnie chronione, w ich obronie występują także liczne organizacje np. Wild Horse Research Center, American Mustang Association, Spanish Barb Breeders Association itd.



Lista komentarzy
Nick: Autor
Data: 08.10.2010
W sprawie erraty napisze zraz do Darka Wielca i spróbuje wyprosić by coś od siebie tu naskrobał Sam w sumie jestem ciekaw co z tymi kopytami Corteza;)Pozdrawiam serdecznie;)
Nick: duchowaprzygoda
Data: 24.09.2010
proponuje jednak erratę do tekstu: to nic, ze nie jest źle i to nic, że Tekst jak zwykle ciekawie napisany :-) a ja w nocy nie spałam przez te konie Corteza..padły czy nie?
Nick: DuchowaPrzygoda
Data: 22.09.2010
bardzo się cieszę z tematyki:jedna z moich ulubionych, ale, że pamięć mnie już trochę zawodzi:-)cieszę się, że można sobie co nieco odświeżyć. Plus dołożyć nowego.
Nick: Autor;)
Data: 28.07.2010
O ile się nie mylę nawiedził nas właśnie Dario Więcek - jeden z najlepszych polskich znawców tematyki konnicy Indian amerykańskich. Dziękujemy za uwagi i konstruktywna krytykę;) Panie Darku to może napisał by Pan dla nas jakiś artykulik o sztuce jazdy militarnej Indian?;) Serdecznie pozdrawiam
Nick: dario z www.dariocaballeros.blogspot.com
Data: 23.07.2010
czolem, jak na poczatek nie jest zle, ale mamy tu wiele bledow i przeinaczen, a nawet legend nie majacych nic wspolnego z historia. Nota bene wszystkie konie Corteza ladujace w Vera Cruz padly w walkach. Konie do Meksysku przywozono z Kuby i Hispannoli, glownie, w XVI wieku. Konie u Indian prerii wstepnie ujezdzali chlopcy pilnujacy stada rodzicow et krewnych, pierwsi vaqueros (czyli kowboje) pojawili sie w Meksyku po 1543 roku, etc wiele by pisac i poprawiac, ale i tak gratuluje artykulu, bo jest proba zwiezlego opisu amerykanskich koni et jezdzcow.