Któż nie słyszał o legendarnym stylu jeździeckim Indian północnoamerykańskich? Kto z nas nie zaczytywał się w książkach Karola Maya pełnych pościgów i utarczek na bezkresnych równinach? O prawdziwym wizerunku konnych Apaczów i kwestii nudy w szeregach kawalerii amerykańskiej dowiecie się ruszając z nami ku krainie bizonów, mustangów i szamańskich obrzędów Tańca Ducha. Zapraszamy.
Przed walką odmawiano specjalne modlitwy za pomyślność konia oraz malowano go w te same symbole co wojownika. Konie używane do walki nie były dosiadane w trakcie podróży – na ten czas wojownik jechał na innym koniu. W ogony wplatano kolorowe sznurki. Szyje konia zdobiły zawieszane na rzemieniach pazury i elementy łowieckie, zaś do grzywy wpinano skalpy pokonanych wrogów. Konie przed bitwą wprowadzano do wody na wysokość brzucha, nacierając im przy tym mięśnie piaskiem, szamani zaś odprawiali rytuał błogosławienia. Każdy zabity wierzchowiec żegnany był na podobieństwo człowieka. Wierzono, że duch konia może powracać i towarzyszyć jeźdźcowi, zaś złe traktowanie konia ściągnie zemstę na jego właściciela. Wiele plemion wierzyło również, że konie mają moc leczenia ran i chorób ludzi. Każda wojna oceniana była pod względem ilości zdobytych koni.
Często same walki plemienne był traktowane jako rodzaj końskiej rywalizacji sportowej, choć nie obywało się bez ofiar. Wędrujący wojownik, jako głowa rodziny musiał dysponować co najmniej 5 wierzchowcami, które zdolne byłyby nieść juki podróżne. Dzieci od małego uczone były jazdy konnej, zapędzania i pilnowania stada. Kobiety w kulturze Indian jeździły równie dobrze co mężczyźni. Konie były praktycznie zawsze na wolnym powietrzu. Jedynie w chwilach bardzo gwałtownego pogorszenia się pogody, budowano najwartościowszym koniom szałasy. Większość koni żywiła się sama, wypuszczana samopas, mimo tego zachowywały one doskonałe zdrowie i kondycję. Wojownik chcąc obrazić innego wojownika uderzał mocno jego konia w chrapy. Za siodło służyły Indianom wypchane włosiem zwierzęcym poduszeczki i czapraki.
Pisząc o Indianach Ameryki Północnej, szczególnie tych z terenów dzisiejszych USA nie sposób pominąć faktu, że ta piękna kultura została bardzo brutalnie zniszczona przez białego człowieka. Masowe eksterminacje Indian dokonywane przez podrzucanie im zarażonych ospą lub grypą koców, strzelanie do bizonów z okien pociągów (przejeżdżający przez prerię maszynista zatrzymywał pociąg widząc stado bizonów, wtedy każdy kto posiadał broń mógł potrenować strzelanie, nie wychodząc nawet z pociągu by dobić konające zwierzęta), nagrody za skalpy, czy wreszcie zwyczajne akty ludobójstwa w poszczególnych wioskach indiańskich, bynajmniej nie przynoszą chluby potomkom kolonizatorów pogranicza. Resztki niedobitków indiańskich zamknięte zostały w rezerwatach, gdzie sowicie pojono je alkoholem i dekadencją wszelkiego typu. Ironią jest, że dziś ów brutalnie spacyfikowana rdzenna kultura jest oczkiem w głowie amerykańskich historyków. Obecnie na terenie Ameryki Północnej żyje około 2, 5 miliona Indian, którzy litościwie otrzymali status obywatela w latach trzydziestych XX wieku. Legenda dzikiego zachodu choć bujna i ciekawa, trwała niezwykle krótko – w 1883 roku z trzydziestu milionów bizonów zostało na wolności jedynie 230 sztuk!
Nie lepszy los spotkał mustangi. O ile jeszcze w początkach XX wieku ich liczbę w zachodnich stanach USA oceniano na milion, o tyle do końca lat 70 XX wieku ich liczba spadła do kilkunastu tysięcy. Największe straty konie te poniosły w latach 1950-1970 gdy masowo zaczęto na nie polować przetwarzając ich mięso na puszkowaną karmę dla psów i kotów. Zaganiane helikopterami i samochodami terenowymi, konie nie miały żadnych szans. Obecnie mustangi są prawnie chronione, w ich obronie występują także liczne organizacje np. Wild Horse Research Center, American Mustang Association, Spanish Barb Breeders Association itd.