Któż nie słyszał o legendarnym stylu jeździeckim Indian północnoamerykańskich? Kto z nas nie zaczytywał się w książkach Karola Maya pełnych pościgów i utarczek na bezkresnych równinach? O prawdziwym wizerunku konnych Apaczów i kwestii nudy w szeregach kawalerii amerykańskiej dowiecie się ruszając z nami ku krainie bizonów, mustangów i szamańskich obrzędów Tańca Ducha. Zapraszamy.
Wszystkie te rasy złożyły się na specyfikę dzikiego mustanga. Według legendy początek mustangom dało 6 klaczy uwolnionych po śmierci konkwistadora de Soto oraz ogier, który uciekł z ekspedycji Coronado. Zwykle jedno stado mustangów zajmowało 40 km kwadratowych znacząc swoje terytorium substancjami ciała. Konie te nie migrowały wraz ze zmianami pór roku. Przenosiły się jedynie w razie suszy lub braku trawy. Ich pastwiska zwykle znajdowały się 7 km od najbliższego wodopoju. Jednak w razie trudności potrafiły się obejść bez wody nawet do 4 dni. Doskonale rozwinięty słuch i zapach zawsze kierowały stadem i ostrzegały go przed zbliżającym się niebezpieczeństwem. Ciekawostką było, iż dopóki „zwiadowca” nie wyczuł zapachu zbliżającego się obiektu podchodził, by przyjrzeć się bliżej.
Indianie początkowo odnosili się do konia z wielką rezerwą nazywając go jeleniem – psem. Wkrótce jednak szybko pojęli że mogą tak samo jak Hiszpanie dosiadać „wielkich psów”. Jednymi z pierwszych, którzy doszli do takich wniosków byli Apacze, u których mięso końskie stało się przysmakiem i rarytasem. Indianie bardzo szybko nauczyli się tez korzystać z konia. Stał się on podstawą ich życia i dał przepustkę ku wielkim równinom. Jeździec mógł łatwiej upolować jelenia, zaś nieosiągalne do tej pory stada bizonów stały się ruchomym zapleczem. Konni wojownicy mogli się szybciej przemieszczać w calach handlowych i łupieżczych. Co więcej koń szybko stał się wyznacznikiem luksusu wśród rdzennych mieszkańców Ameryki, którzy płacili nim za kobiety, usługi szamanów i metalowe wyroby z Europy. Znaczny wojownik posiadał nawet 100 rumaków, stado jednak nigdy nie było wpisane w prawo własności i po śmierci wojownika dzielono je pomiędzy całe plemię. Indianie zatrudniani przez Hiszpanów w hacjendach szybko doskonalili swoją wiedzę na temat hippiki. Konie dostawały się w ich ręce w ramach darów, wymiany handlowej lub grabieży. Absolutnie imponującym jest jednak niezwykły talent Indian do hodowli konia. Jednym z pierwszych przykładów było stado plemienia Nez Perce, gdzie odpowiednio dobierane mieszanki krwi doprowadziły do stworzenia rasy dziś zwanej Appaloosa.
Te charakterystyczne tarantowate konie o wzroście do 155 cm w kłębie stały się symbolem „Dzikiego Zachodu”. Koń wyhodowany przez zamieszkujących żyzne doliny rzek w Oregonie Indian Nez Perce nazwę swą zawdzięcza rzece Palouse. Niewielu jednak wie, że tak chętnie dziś prezentowany przez amerykańskich kowboi koń, został w 1876 roku wybity niemal do nogi wraz z jego rdzennymi hodowcami w trakcie kolonizacji Oregonu przez niosącego „postęp cywilizacyjny białego człowieka. W trakcie ucieczki plemienia ku granicy kanadyjskiej towarzyszyło im ponad 3000 koni. Koń Appaloosa został restytuowany w 1938 roku, kiedy to w stanie Idaho założony został Appaloosa Horse Club. Bardzo ciekawe były indiańskie metody oswajania i zajeżdżania koni, które praktykowali min. Nez Perce. Najczęściej stosowaną metodą była metoda „na derkę”. Polegała ona na powolnym podchodzeniu do konia z derką w ręku przy użyciu różnorakich ruchów i głosu – tak by zaintrygowany przedziwnym widowiskiem koń stopniowo oswajał się z głosem człowieka, jego zapachem oraz mimiką. Indianie oswajając konie często smarowali się trawami i końskim potem, tak by konie mniej się ich bały. Po określonej ilości takich podejść zwierzę przestawało się obawiać. Indianin podchodził wtedy bliżej, głaszcząc konia derką po głowie i chuchając w chrapy. Gdy koń nabierał ufności i zwieszał głowę, zakładano mu rzemień zapleciony tak by stanowił ogłowie. Rzemień taki stanowił jedną wodzę idącą z ręki, owijaną na wzór nachrapnika. Owinięcie takie przechodzące pętlą z wodzy od ręki przechodziło dalej wokół górnej części szyi, lub tuż przy uszach, również na zasadzie pętli. Takie wiązanie działało na unerwione miejsca końskiego karku i głowy.