forum portalu Hipologia.pl

Wojciech Mickunas zaprasza
Dzisiaj jest pn cze 18, 2018 6:08 am




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 156 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 7, 8, 9, 10, 11
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Orka na ugorze!
Post: ndz lip 30, 2017 8:12 pm 
Offline
Awatar użytkownika

Rejestracja: pn kwie 21, 2008 8:35 am
Posty: 125
Lokalizacja: Zachodniopomorskie
Są oczywiście miejsca, gdzie wszystko, albo prawie wszystko jest w porządku. W porządku, jeżeli chodzi o traktowanie koni i ludzi. Trudno powiedzieć, czy tych miejsc jest coraz więcej. Na pewno zmienia się świadomość. To z kolei prowadzi do przegięcia w drugą stronę. Nadopiekuńczość będąca wynikiem uczłowieczania to w dzisiejszych czasach plaga. Derki, dereczki, cudowne pasze, suplementy, nowinki sprzętowe, czarodziejskie szczotki, maści, spraye, wcierki itd. Wszystko to dla... ludzi. Konie naprawdę nie mają aż tak wygórowanych wymagań. Niestety rozwija się jakiś nurt, odłam miłośników zwierząt, w tym koni, którego zwolennicy, a w niektórych przypadkach śmiało można powiedzieć wyznawcy uważają, że sport jeździecki to znęcanie się nad zwierzętami. Nie rozpatruję tu wypaczonych metod treningowych opartych na przemocy, bólu, strachu, to jest nagminne i nie podlega dyskusji. Uważam, że można doprowadzić konia do wyczynu na najwyższym poziomie bez robienia mu spustoszenia w głowie i rujnowania zdrowia. Można wyhodować i wyszkolić czempiona pozwalając mu nadal pozostać koniem, w pełnym tego słowa znaczeniu.
Można, ale ilu jeźdźców z czołówki światowej, z czołówki dowolnego kraju, ze szpicy lokalnych matadorów i miejscowych miszczów skupionych w okręgu miejscowości Zadupie Wielkie, tak naprawdę to robi? Niewielu, ale na szczęście są.
Pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia zawitał do Drzonkowa pan Krzysztof Koziarowski. O ile pamiętam to osobiście przywiózł z Niemiec oprócz potwierdzenia prawidłowych i zgodnych z naturą konia metod treningowych, dane statystyczne. Dane statystyczne mówiły, że na tysiąc koni sportowych, które rozpoczęły trening, w krótkim czasie osiemset jest zakwalifikowane jako odpad. Odpad bo z głową coś nie tak, bo nie tak skacze, bo nie ma zadatków na mistrza, bo jak nie rokuje to szkoda spodni. Każdy jeden odpad postawiony wtedy na drzonkowskiej ujeżdżalni spowodowałby u obserwatorów wzrost ciśnienia, powiększenie oczu do granic możliwości, opadnięcie szczęki i wewnętrzną deklarację będącą połączeniem żądzy z obłędem, w stylu „Kurwa, chcę go jeździć !!!”. Odpady kończą różnie. Jako pokarm dla lwów, dodatek do pasz, jako matki, albo w wyczynowej rekreacji, pod amatorami z zacięciem sportowym, albo przechodzą przez kolejne ręce zawodowców, albo trafiają do kogoś kto ma cierpliwość, czas i umiejętności i wtedy okazuje się, że koń może, chce i potrafi. Tu jako przykład koń Hello Max. Nie wiem jak był jeżdżony. Wykupiony ze szkółki w wieku, w którym sporo sportowych talentów kończy karierę, w 2013 pod Gilbertem Tillmannem wygrał, mając lat dziewiętnaście, Derby w Hamburgu. Podobne historie zdarzają się wcale nie tak rzadko, są również historie koni uratowanych z rzeźni. Nie wszystkie jednak mają szczęście.
Do stajni opodal Marburga trafił swego czasu kolejny, jak domniemywałem, pacjent. Nie pamiętam jak się nazywał, może to i lepiej. Nie zmienia to jednak faktu, że nie zapomnę go nigdy. Piękny, sześcioletni wałach, kasztan. Bystre oko, kształtna głowa, nogi sprawiające wrażenie odlanych ze stali. Poprawnie zbudowany, chociaż trochę za dużo tłuszczu mogło wskazywać na brak właściwego treningu, albo miękkie serce właściciela. Raczej to pierwsze, bo jak na sześciolatka to mógłby być bardziej napakowany. W nowym miejscu nie okazywał oznak paniki, bardziej sprawiał wrażenie ciekawskiego. Ale to mogła być moja, ludzka, błędna interpretacja. Obok boksu stała stara poniemiecka szafa. Pościągał z niej wszystkie klamoty, otworzył i zrobił remanent w środku. Nie bał się ludzi, w tym mnie, sprawiał raczej wrażenie bezczelnego, pewnego siebie gościa. Oglądając go w boksie udzieliłem bezpłatnie kilka lekcji dobrego wychowania, głównie przy pomocy pstryczka w nos. Nogi dawał, ustępował, nie gryzł, nie straszył, ciekawił się. Bardzo pozytywnie go odebrałem. Obejrzałem pobieżnie, próbując znaleźć powód dla którego tu przybył. Nic nie znalazłem. Może znalazł to rentgen, USG, albo coś ujawniły wyniki krwi, może przyjechał na badania, a może ktoś ma go stąd odebrać. Pewnie jakaś pierdoła, pomyślałem. Jak tylko pojawił się pan W. spytałem ile nowy ma dostawać jeść. Trochę siana, usłyszałem. Spytałem, czy jakieś problemy z brzuchem, kolka może. Na co pan, żeby się za dużo nie rozwodzić odparł „Nie, do uśpienia“. Zatkało mnie, pierwsza myśl, złośliwy nieuleczalny rak, guz mózgu, coś co nie daje żadnych szans i postępuje błyskawicznie. Otóż nie. Właściciel postanowił uśpić konia, bo stwierdził, że jest niebezpieczny. Niebezpieczny pod siodłem, prędzej czy później odmawiał współpracy i zrzucał każdego. Zacząłem dopytywać co i jak. Koń był skokowy. Miał potencjał, wszystko szło dobrze, aż któregoś dnia zaczęło się psuć. Najpierw była próba sprzedaży, ale go zwrócono. Zaczęli się pojawiać kolejni fachowcy. Poprawy nie było. Powstała opcja darowizny. Nie rozumiałem wszystkiego dokładnie, ale jak tylko usłyszałem „do podarowania” prawie rzuciłem się na pana, że ja go biorę, że jak nie ja, to znajdę mu miejsce. Nie, nie, stwierdził pan, to już nieaktualne. Taka próba była, ale nowy właściciel, jak już był w gipsie to zwrócił konia. No to zacząłem dopytywać, o fachowców co próbowali. Fachowcy według pana byli z najwyższej półki, mieli osiągnięcia, wyniki i długoletnie doświadczenie. Jedna pani-fachowiec to ponad trzydzieści lat zajmowała się młodymi i trudnymi końmi. „I co, nie nauczyła się, za wiele ?” pomyślałem. Ile z nich trafiło do rzeźni, nie wiadomo. A może coś go bolało, zacząłem z innej beczki. Nie wiem po co zacząłem, chyba, że jak coś odkryję to da się to wszystko odkręcić. Nie bolało. No to wsiadłem na fachowców. Stwierdziłem, że każdy kolejny chciał pokazać jaki jest dobry, że nie da się w ciągu jednej jazdy pozbyć nawyków utrwalanych latami, że być może nie da się tego odkręcić, ale warto spróbować, że cała sztuka to nie doprowadzić do konfrontacji, do brykania, stawania dęba, czy co tam jeszcze. Prosiłem o kontakt z właścicielem, prosiłem o szansę, że przez miesiąc będę dojeżdżał i spróbuję coś zrobić... Staliśmy na placu, pan słuchał, co jakiś czas kręcił głową, że „nie“, że „za późno”, że właściciel już nie chce próbować. Ja kątem oka widziałem pięknego zdrowego konia, nieświadomego wydanego wyroku. Nie uczłowieczajmy. Konie nie planują, nie wybiegają w odległą przyszłość, nie myślą abstrakcyjnie, działają instyktownie. Tak sobie to tłumaczę, ale sam nie do końca się z tym zgadzam. Prośby nie działały. Spytałem o przepisy, o ochronę zwierząt, o znęcanie się nad zwierzętami, o to kto decyduje, że koń jest do uśpienia. Jaki będzie podany powód uśmiercenia? Dlaczego jak paru idiotów nie daje sobie rady, to jest to zawsze wina konia? „A pan panie W. nie ma nic do powiedzenia, pan jeździec, hodowca, lekarz weterynarii? ”. Pan nie miał nic do powiedzenia. Jeszcze raz poprosiłem, żeby skontaktował się z właścicielem i przedstawił moją propozycję, że to już nie gra żadnej roli, kiedy, a jak się nie uda to i tak uwolnię go od problemu. Powiedział, że spróbuje. Kasztana karmiłem jeszcze wieczorem i na drugi dzień rano, dałem mu normalną porcję siana trochę owsa, poprawiłem ściółkę, pogadałem do niego, pogłaskałem. Ze ściśniętym, nie do końca, bo ciągle jeszcze wierzyłem, gardłem, poszedłem szkolić obiecującą młodzież, najlepiej jak potrafię, żeby w przyszłości nie stwarzały problemów. Myślenie naiwne, ale chociaż tyle.
Kiedy wróciłem do stajni, leżała na placu, trochę z boku, wybrzuszona plandeka. Najpierw pomyślałem, że to jakaś pasza zabezpieczona przed deszczem. To nie była pasza. Dopiero z bliska zauważyłem wystające, spod za krótkiej płachty, tylne kopyta a z drugiej strony rozchylony pysk z którego wysunął się zwiotczały język. Martwy kasztan leżał tak do następnego dnia, bo jebany niemiecki „ Bacutil”, czy co tam te głąby mają, nie zdążył go odebrać.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: Orka na ugorze!
Post: wt sie 08, 2017 3:10 am 
Offline

Rejestracja: sob lis 10, 2007 8:44 pm
Posty: 261
Lokalizacja: Poznań
Przerażająca jest bezwzględność "cywilzowanego" świata.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: Orka na ugorze!
Post: wt sie 15, 2017 9:15 pm 
Offline
Awatar użytkownika

Rejestracja: pn kwie 21, 2008 8:35 am
Posty: 125
Lokalizacja: Zachodniopomorskie
Użyte określenie „głąby” nie dotyczy ogółu, nie dotyczy całego narodu niemieckiego, tylko grupy „wybrańców”. „Wybrańcy” są na całym świecie. „Wybrańcy” występują na wielu płaszczyznach życia. Są mniej, lub bardziej liczni w zależności od tego, do jakiej grupy przynależą. Ta specyficzna kasta w dużym stopniu przyczynia się do powstawania stereotypów. Często ktoś, kto odstaje, idzie pod prąd, zaprzecza utartym, ogólnie przyjętym, ale często nielogicznym, szkodliwym, niesprawiedliwym, niefachowym, abstrakcyjnym, czy po prostu głupim poglądom, metodom, technikom, filozofiom, postrzegany jest jako odszczepieniec, dziwoląg. Oprócz prób obalania wszelkiego rodzaju pszennoburaczanych jeździeckich mitów, jak np.lonżowanie bez wypinaczy jest bez sensu, opuszczenie głowy i szyi przez konia będącego w ruchu nadmiernie obciąża przód i prowadzi do kalectwa, zasznurowany pysk jest gwarancją kontroli itd.,itp. często zakłócam nieskomplikowane, proste do bólu pojmowanie świata stwierdzając, że nie piję. Polak nie pije !!!!!??? To nie możliwe. Ale nic ? Nawet piwka? Musisz jechać autem? Bierzesz antybiotyki? Odpowiedź od ponad dziesięciu lat jest wciąż ta sama: „Nie piję, bo jestem alkoholikiem”. Być może w tej chwili będzie jasne, szczególnie dla naszej forumowej, wielka szkoda, że już nieaktywnej, występującej pod nickiem „denus” pani psycholog, skąd we mnie tyle agresji. A może to w specyficzny sposób manifestowana bezsilność powodująca frustrację ? Tak się pocieszam. Nie mnie oceniać. Alkoholizm to był główny powód dlaczego przestałem jeździć. Dla większości alkoholik, to gościu śpiący na ławce, na budowie, przy śmietniku, czy gdziekolwiek, często mający na sobie przegląd ostatnich zagryzek w stanie wstępnie strawionym. Przerabiałem, łącznie z obsraniem po pachy. Byłem już w tzw. betoniarce. Ostatnie kilka lat dwudziestoośmioletniego „piciorysu” praktycznie nie trzeźwiałem. Wiedza na temat kolejnych faz uzależnienia i mechanizmów, które je powodują, przeciętnemu konsumentowi alkoholu do niczego potrzebna nie jest. Dlatego przeciętny konsument opiera się na stereotypach i pozostaje w przeświadczeniu, że jego to nie dotyczy. Do czasu. Niestety często jest już za późno.
Nowe, dobre, lepsze, zdrowsze, łatwiejsze, szczególnie, gdy niezrozumiałe jest nie do przyjęcia. Nowe dla „wybrańca”, bo zazwyczaj są to rzeczy stare jak świat. Kwestia zrozumienia i interpretacji. Jeżeli ktoś dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści lat jeździ konno i robi to nie do końca prawidłowo, a w wielu przypadkach beznadziejnie, to trudno mu się pogodzić z tym, że zmarnował kupę czasu i mimo imponującego stażu nadal jest w czarnej jeździeckiej dupie. A nie daj Boże, jeśli ma jakieś wyniki! W wypadku niepowodzeń wina zawsze leży po stronie konia. To koń nie chce czegoś zrobić, albo robi rzeczy niechciane, to koń jest leniwy albo zbyt energiczny, albo głupi, złośliwy, lubi skakać albo nie, lub przeważnie potrzebuje czarnej wodzy, wypinaczy, zasznurowanego pyska i dźgania co krok ostrogami. Jeżeli z góry wiadomo, że jeździec robi wszystko dobrze, to po co dociekać dlaczego i czy aby na pewno. Ciężko jest przełamać skostniałe schematy. Próbuję. Jest ciężko, orka prawdziwa. Co z tego, że koń zrozumie i zrobi coś czego pod właścicielem robić nie chce. Zostaje jeszcze jeździec który stojąc na ziemi patrzy na swojego odmienionego wierzchowca, puchnie początkowo z dumy, bo to przecież jego koń, stwierdza, że to w sumie łatwizna, po czym wsiada i po paru chwilach, kiedy jest okey wszystko gdzieś się ulatnia. Dlaczego? Bo gołąb narobił na ortalion, bo wodze nie takie, bo mój trener mówił, bo jak byłem/byłam na szkoleniu to coś tam, bo jak to? przecież nie ciągnę, bo on nie chce, bo ja tak nie mogę. Ulatnia i krąży w powietrzu, które jest nasycone doświadczeniem i wiedzą starych mistrzów, prawdziwych koniarzy, speców od psychologii, fizjologii i biomechaniki, wystarczy głęboko odetchnąć i otworzyć oczy. Strach przed świeżym powietrzem i ostrością widzenia jest normą. To tak, jakby jeździć w masce przeciwgazowej typu słoń. Jeździec bardziej skupia się na filtrze, czy aby na pewno dobrze działa, nie zauważając, że mu te małe okrągłe szybki zaparowały.
Wracając na ziemię. W poszukiwaniu nowego „raju" trafiłem do niewielkiej stajni pensjonatowej prowadzonej przez dwie siostry, które miały zacięcie ujeżdżeniowe. Określenie „zacięcie” bardzo tu pasuje w zestawieniu z ujeżdżeniem. Zacięcie, zapięcie, zaciągnięcie, a przede wszystkim nadęcie. Czyli bardzo powszechna „klasyczna” niemiecka szkoła ujeżdżenia. Gdyby za każdym razem, kiedy łamane są zasady klasycznego naturalnego jeździectwa ich nieżyjący już twórcy, odkrywcy i propagatorzy przewracali się w grobie, to każdy z nich miałby w zaświatach przydomek „obrotowy”, „wirnik”, „kręcioł”, „propeller”, „fryga”, czy nawet, za przeproszeniem „bąku”. Siostry, mimo zadęcia, wydawały się sympatyczne. Podczas pierwszej rozmowy, sprawy zostały postawione jasno. Nie chciałem nadużywać gościnności Ellen, pomyślałem: „szału nie ma, biere to, przeczekam, poszukam dalej”. Warunki mieszkaniowe w porównaniu z Austrią, gdzie spędziłem kiedyś kilka miesięcy, były rewelacyjne. Pokój z aneksem jadalnym, łazienka. Każde pomieszczenie z oknem. Jedno wychodziło na padok. Rano można było przez siatkę zrobić „noski noski” z koniem, który gapił się bezczelnie, jak sobie siedziałem na tym krzesełku z klapą. Siatka, wiadomo, do najbliższego boksu było jakieś trzy metry. Drugie okno wychodziło na podwórko prywatne, dwa metry obok okna stały śmietniki.
Ja przepraszam, ale muszę na krótko do tej Austrii wrócić. To było jakiś czas przed Baltrum. Tam się też działo. Kilka stron które już napisałem, wcięło. Oczywiście nie był to bunt głupiego urządzenia, tylko moje niedouczenie. Był ból i dramat. Ale działo się na tyle interesująco, że odtworzę to bez trudu. Obrazki, które pozostają na całe życie. Obrazki z udziałem asów austriackich skoków. Panowie AMB i drugi rzeźnik BB. Mistrzowie, olimpijczycy.

Siostry dresażyski były dumnymi posiadaczkami kilku koni, w tym Ashley. Kobyłka od trzech miesięcy pierdziała na pastwisku, raz, że zaczynała stawać dęba, a ostatniemu berajterowi, który próbował oszlifować jej talent skokowy, złamała nos rzucając szyją. Rzucanie szyją było ekstremalne, na skraju utraty równowagi. Podobno lubiła skakać. Tak twierdziły siostry. Siostry spytały, czy spróbowałbym nawrócić zepsute dziewczę na drogę cnoty. A jakby się udało, to mógłbym też startować na niej. Wizja była, oczy mi się zaświeciły, mimo, że jeszcze zwierza nie widziałem. No to poszedłem zobaczyć. Widok nie był przyjemny. Koń całkiem zgrabny, ładnie umaszczony, przyzwoicie zbudowany. Ale ten pysk ! W oczach strach połączony z bezradnością, ale jednocześnie jakaś zawziętość, złość. Nie było w nich rezygnacji. Ona cały czas czuwała, stała w boksie z ponapinanymi mięśniami, krzyż, szyja twarde jak skała. Człowiek nie dawał jej poczucia bezpieczeństwa, ona się go bała, człowieka w sensie. Nawet w boksie miała tak zaciśnięty pysk, że na wargach powstawały zmarszczki, w górną wargę i podbródek można było zapukać, jak w niemalowane. Beton ! Próba włożenia palca w paszczę w celu rozluźnienia, żeby chociaż przeżuła, ruszyła pyskiem, spełzła na niczym. Tak, jakby w nienaturalnie mocno zaciśniętym pysku trzymała mały kluczyk do jej serca. Nie połknęła go. Była więc szansa, że można zostać jego posiadaczem. Wcześniej „specjaliści wybrańcy" próbowali siłą rozewrzeć pysk. Skończyło się tylko na jednym złamanym nosie. Czy właściciel nosa coś przemyślał, coś do niego dotarło ? Pewnie tylko tyle, że to kolejny głupi, niebezpieczny koń. Oczyma wyobraźni zobaczyłem, jak głaszczę Ashley, ona przymyka oczy, powoli opuszcza głowę i na wyciągniętą rękę wypluwa mały drogocenny, misternie wykonany, ośliniony kluczyk.
Cdn.

http://i457.photobucket.com/albums/qq29 ... olbng1.jpg


Ostatnio zmieniony ndz paź 08, 2017 5:09 pm przez Jacek Moroz, łącznie zmieniany 2 razy

Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: Orka na ugorze!
Post: śr sie 23, 2017 2:52 pm 
Offline

Rejestracja: ndz cze 15, 2008 7:09 pm
Posty: 2304
Lokalizacja: Wielkopolska
Postanowiłem się wypowiedzieć, ponieważ nikt nie zabrał głosu w wątku, a z uwagi na ważkość twierdzeń czuję się w obowiązku by to zrobić ("obowiązek" rozumień tu jako nakaz wewnętrzny, a nie przymus zewnętrzny).

"Żeby niemożliwe stało się możliwe, możliwe stało się łatwe, łatwe stało się przyjemne, a przyjemne - eleganckie" (Moshe Feldenkrais) Tyle tytułem wstępu. O Feldenkraisie jeszcze napiszę. Najpierw jednak wyznanie Jacka. Budzi ono najwyższe uznanie. Jacku - to wyraz siły CHARAKTERU! Jakby co - ja tego gościa znam! :lol: A nawet byliśmy razem na rajdzie konnym! I byłem Jego świadkiem na ślubie. :P


Zgodnie ze staropolską receptrurą kulinarną, dobra potrawa musi mieć składniki słodkie (miód - już był wyżej), ale i kwaśne (ocet), a zatem trochę kwasu, to teraz.

Od jakiegoś czasu mam nieodparte wrażenie braku wystarczającej komunikacji Jacka z uczniami. Oczywiście to tylko wrażenie i pozostawiam sobie prawo do błądzenia.
Co do uczniów - powiedzmy konkretnie - nauczaniu jeźdźców. Zacznijmy od tego, że jeździectwo składa się z czterech etapów: 1. nieuświadomiona niekompetencja; 2. uświadomiona niekompetencja; 3. uświadomiona kompetencja; 4. nieuświadomiona kompetencja. (op.cit. Islay Auty, Caoching w jeździectwie, Akademia Jeździecka s.c. 2013, s. 26-30). Stawiam śmiałą tezę, że jeżeli jeźdźcowi nie wychodzi, to nie działa na złość trenera. Być może jest na etapie nieuświadomionej niekompeatencji, a wymogi są z uświadomionej niekompetencji?

Na koniec trochę o metodzie Feldenkraisa. Człowiek niezwykły - trener judo, dr fizyki we Francji i twórca swojej metody - świadomego ruchu. W jeździectwie jak znalazł!

Ps. Jacku! nieustannie trzymam kciuki!

_________________
"Naprzód z długą swobodnie opuszczoną szyją o rozluźnionych, lecz elastycznych mięśniach, z lekkim przodem, czułym pyskiem i sprężystym zadem!" (A. Królikiewicz)

http://www.bazakoni.pl/horse_86431.html


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: Orka na ugorze!
Post: ndz paź 08, 2017 3:27 pm 
Offline
Awatar użytkownika

Rejestracja: pn kwie 21, 2008 8:35 am
Posty: 125
Lokalizacja: Zachodniopomorskie
Ufafluniony kluczyk na mojej dłoni póki co był wizją odległą. Niecierpliwie czekałem na zawarcie bliższej znajomości z Ashley. Siostry też. Zaoferowały nawet swoją pomoc, gdybym chciał wsiadać. Że chyba potrzymać by chciały. Następne mądre. Używając łamanego języka niemieckiego, który i bez tego łamania jest wystarczająco po...kręcony spytałem, jaki jest sens wsiadać na konia, którego trzeba przy wsiadaniu trzymać. One nie rozumiały, one patrzyły na mnie, one były zdziwione. Ale, że co ? Że przytrzymać nie można, jak się koń wierci ? Że jak ? Że srak !!! To już po polsku pomyślałem. Oczywiście ktoś mógłby odnieść nieodparte wrażenie, że ze względu na słabą znajomość języka, czy też zagadnienia, mam problemy z komunikacją. Owszem, zdarzały się sytuacje. Kiedyś starsza siostra, właścicielka stajni zresztą, spytała mnie, jak daleko jestem z robotą. Miałem jeszcze zamieść stajnie, no to powiedziałem: „Ich muss noch ficken”. Zrobiła wielkie oczy „Co musisz zrobić ?”, na to ja, że „ficken” powtórzyłem, wykonując ruchy jakbym zamiatał. „Fegen?!” (czyli zamiatać ) spytała, powstrzymując śmiech. Ups! Znałem obydwa słowa, przejęzyczenie. Przy zamiataniu się kurzy, jak ktoś „ficken”, to nie. Owszem, ruchy się wykonuje, ale w tym drugim wypadku frykcyjne. Początkowo podczas udzielania lekcji w celu poprawienia dosiadu używałem polecenia „Fussfinger nach oben" czy też „ finger vom Fuss nach oben ”, co w moim mniemaniu oznaczało „palce od stopy do góry”. Stworzyłem nowy wyraz, dla Niemca niezrozumiały, bo oni u stóp palców nie posiadają. Oni mają u stóp „Zehen” czyli... palce stopy. Niemiec nie łączył stopy z palcami, słyszał tylko „palce do góry” i z zakłopotaniem spoglądał na swoje dłonie, że niby co ma z tymi paluchami zrobić, myśląc jednocześnie, po niemiecku oczywiście „Ja pie...lę ! Jak oni w tej Polsce jeżdżą !“. Szybko zostało to zweryfikowane. Pokazałem, o które palce mi chodzi i wszystko było jasne. Podobnie było z luźnymi wodzami. Zamiast „lockere Zügel” używałem „ lockige Zügel” czyli zlokowane (od loków) wodze. Rozluźniony, odprężony to po niemiecku „ entspannt”, ja parę razy użyłem, w celu określenia stanu w jakim się koń znajdował, będącego wynikiem m.in. zblokowanej ręki, zakleszczonego dosiadu i słabo działającego napędu, określenia „gespannt”. W zestawieniu z koniem można to było zrozumieć tak, że koń jest zaciekawiony. I całkiem możliwe, bo być może zwierz ciekawił się, kiedy zostanie bardziej wzięty za mordę, albo kiedy zacznie się ciąganie wodzami naprzemian. Albo o co chodzi z tymi dźgającymi bez opamiętania łydkami, piętami. Było tego więcej i zdarza się do dzisiaj. Z takich lepszych to ostatnio zwróciłem się do 13-letniej dziewczynki, żeby jeździła pomiędzy tymi „Fotzen”. Byłem święcie przekonany, że proszę ją o lawirowanie między kałużami (kałuża niem.: Pfütze ). Mimo, że niejedna męska szowinistyczna świnia w mig doszukałaby się podobieństw, to nie, to nawet nie ma co brnąć . Fotze to nic innego jak nasza polska rodzima p...da.

Ashley rzucała głową. (Tutaj pode mną, ale ignorujcie to, bo przecież oficjalnie jeszcze na niej nie siedziałem)

http://i457.photobucket.com/albums/qq29 ... 8yzgf.jpeg

http://i457.photobucket.com/albums/qq29 ... uqpnf.jpeg

http://i457.photobucket.com/albums/qq29 ... lvejp.jpeg

Według właścicielki przyczyną był złamany pierwszy krąg szyjny. Mówiąc to wskazywała miejsce w okolicach kłębu. Ewentualnie uczulenie na żelazo. Były to kolejne rewelacje potwierdzające znajomość rzeczy. Chciałem puścić Ashley luzem na placu do lonżowania w celu zawarcia bliższej znajomości, ale szefowa stwierdziła, że lepiej nie, bo ona lubi skakać (Ashley w sensie) i jak nic zaraz wyskoczy. Od razu zobaczyłem Ashley która na widok przeszkód czy czegokolwiek do skakania, skacze w miejscu jak psiak czekający na rzucenie piłki. Jak się później okazało ta „chęć” to był strach przed bólem, bo w bogatej w doświadczenia, niestety negatywne, karierze konia skoczka trafiła Ashley swego czasu do jakiejś amazonki, która przy pomocy bata, ostróg i ostrego kiełzna próbowała przywrócić zaufanie do ręki człowieka ogólnie i wyperswadować bezsens wyłamywania, uciekania do przeszkody, czy rzucania głową. Podobno wszystko było na dobrej drodze i nawet jakiś parkur został pokonany. Ale ostatecznie Ashley została niepokonana i wróciła do domu. Z siostrami nie było co dyskutować. Żeby sobie zaoszczędzić wysłuchiwania mądrości, odkrywczych spostrzeżeń, sugestii i innych takich, ustaliliśmy, że spróbuję to zrobić po swojemu. Z grubsza nakreśliłem co chcę po kolei osiągnąć, jeszcze raz podziękowałem za oferowaną pomoc i niecierpliwie czekałem na mój kolejny pierwszy raz.
Cdn.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: Orka na ugorze!
Post: wt maja 08, 2018 6:59 pm 
Offline
Awatar użytkownika

Rejestracja: pn kwie 21, 2008 8:35 am
Posty: 125
Lokalizacja: Zachodniopomorskie
Niecierpliwie to ja sobie mogłem czekać. Niecierpliwość to coś,czego Ashley nie potrzebowała zupełnie. Niecierpliwość jeźdźca to coś, czego nie potrzebuje żaden koń. Obojętnie, polski jest on czy niemiecki. Koń w sensie.
Niecierpliwość moja, mimo,że starałem się trzymać ją krótko za mordę, podsycana spojrzeniami sporadycznych gapiów, właścicielek i innych, rosła. Rosła i wypychała mnie z pojemnego i bezpiecznego obszaru w czasoprzestrzeni, który określały hasła typu: „przepraszam, czy ktoś mógłby zatrzymać świat, będę pracował z koniem”, „mniej znaczy więcej”, „poczekaj na swojego konia”, „czas to pojęcie względne” itd., itp. Mimo, że dostałem wolną rękę i czas nie grał żadnej roli, to były to oczywiście ustalenia czysto teoretyczne. W praktyce, jak zawsze, oczekiwano efektów błyskawicznych i najlepiej spektakularnych. Coś w rodzaju cudu. Normalnie kobyła pierdziałaby na pastwisku przez następnych kilka miesięcy, albo dłużej, ale jeżeli już jest coś robione to nie może to przecież trwać w nieskończoność, zwłaszcza w Niemczech gdzie wszechobecny jest kult wypaczonego „klassiche Reitausbildung”, gdzie materiał koński produkowany jest w fabrykach zwanych hodowlami koni, gdzie materiał nie spełniający oczekiwań w przewidywanym czasie jest traktowany jako odpad, materiał nadmiernie płochliwy również jest odpadem, gdzie pion to pion i, o ile końska głowa w pionie, ewentualnie mniej lub częściej bardziej za pionem jest jak najbardziej dopuszczalna, czy wręcz pożądana, to już każdy centymetr przed pionem jest zapowiedzią klęski, porażki, katastrofy i może doprowadzić do całkowitego wyryjenia co ze wszech miar jest niepoprawne, czy wręcz naganne. Tak zwane „żucie z ręki” tak, ale nie za często, nie za długo i nie za nisko. Bo jak jest za nisko to koń nadmiernie obciąża przednie kończyny, co prowadzi do ich uszkodzenia, a dalej trwałego kalectwa i śmierci w męczarniach. Miałem nawet kilka razy spięcie z panem który uważa się za wykładnię wytycznych FN jeżeli chodzi o szkolenie koni, jeźdźców i wszystkiego co jest związane z jeździectwem, w tym wypadku niemieckim. Nie żebym miał jakieś uprzedzenia do określonej nacji. Nieważne jaki kraj. Jeździectwo jest albo dobre, albo złe. Niestety kiedy pojawiają się wyniki, pomimo stosowania wypaczonych czy też źle zrozumianych zasad, to dla większości automatycznie oznacza to, że szkolenie było dobre. Wypinacze kształtują poprawną sylwetkę konia, czarna wodza zapewnia bezpieczeństwo jeźdzca i uczy go jak ma trzymać głowę, rollkur to świetna gimnastyka, barowanie poprawia technikę skoku i jest niezbędne, bez barowania te głupie bydlęta napierdalają bez opamiętania łapami po drągach i inne podobne bzdety. Dlatego, bez żadnych uprzedzeń, Niemcy wkurwiają mnie generalnie z całym tym swoim zadęciem, powoływaniem się na tradycje, „klassiche Reitausbildung", wytyczne FN i kodeks etycznego postępowania z koniem, których respektowanie w większości przypadków zakrawa na kpinę. Oczywiście, że mają dobrych jeźdźców, którzy posiadają wyczucie i słuchają swoich koni, jeżdżą w równowadze, nie nadużywają pomocy, bo koń je rozumie i nie próbują iść na skróty stosując różnego rodzaju patenty. Powoli, opornie, idzie ku lepszemu. Takie niemieckie FN czyli odpowiednik polskiego PZJ, już po około pięćdziesięciu latach od pierwszego wydania „ Zasad jazdy konnej” stwierdziło, że trzeba by coś zmienić, bo to co się ogląda na placach, rozprężalniach, parkurach, czworobokach i krosach ma niewiele wspólnego z „zasadami”, „klassische Reitausbildung”, starą, niekoniecznie niemiecką szkołą jazdy, jazdą konną w prawdziwym tego słowa znaczeniu.z Bo z tymi szkolami to jest tak, że na dobrą sprawę to jest to wszystko strasznie wymieszane. Z każdej szkoły, stylu jazdy można uszczknąć, zaadoptować coś, co może poprawić komunikację z koniem, na każdej płaszczyźnie. Trzeba tylko zaopatrzyć się w gęste sito, zdrowy rozsądek, dopytać, doczytać, sprawdzić i odkrywać na nowo to, co już dawno odkryte, sprawdzone i działa. Gdyby nie taki Caprilli, to dzisiaj Ehning, skądinąd Niemiec, wyglądałby w skoku jak Anglik na polowaniu. Na bazie solidnych fundamentów dawno już wynalezionych, odkrytych, osadzonych, próbowali i próbują do dzisiaj liczni, nie wiem nawet jak ich nazwać, reformatorzy, pseudoodkrywcy, hochsztaplerzy, klecić jakieś pokraczne chałupki nazywane własnymi szkołami, metodami, albo na własnoręcznie skleconej z przeinaczonych zasad, miernych umiejętności i niewielkiej praktyki obórkach wieszają szyldy z napisami „Jeździectwo klasyczne", „Jeździectwo naturalne” czy inne. Zawsze coś co ma zagwarantować profesjonalne szkolenie konia i jeźdźca według najlepszych wzorców. W Niemczech jest tego mnóstwo. Pisać sobie można. Toteż i Niemcy piszą. Chyba w żadnym kraju na świecie nie ma tylu autorów fachowych publikacji. Wystarczy wziąć udział w jakimś szkoleniu, coś doczytać, parę razy wsiąść na konia, podjeździć jakiemuś klientowi rozszalałego Haflingera i wtedy koniecznie trzeba się podzielić nadmiarem wiedzy i doświadczenia z otoczeniem, bo inaczej można eksplodować. Wracając do gościa z którym miałem krótką wymianę. Gościu zwany przeze mnie „Giftzwerg" czyli złośliwy, zgryźliwy krasnal, czy inny skrzat (pan faktycznie jest nikczemnej postury, wzrostu siedzącego psa). Lonżowałem konia, z którym pracowałem już jakiś czas (chyba z dwa miesiące, może dłużej, a może jednak krócej.... Kurwa!!! Nieważne!). Kobyłka człapała sobie na lonży ze zwieszoną szyją, kiedy to podszedł do mnie krasnal. Widać było, że jest wzburzony i uznał za stosowne zdradzić mi powód swojego niezadowolenia. Pan w owym czasie posługiwał się następującymi tytułami: Bereiter FN, Richter (sędzia), Trainer Koordinator Reitschule oraz Trainer DOSB. Które to tytuły umieszczał wszędzie gdzie się dało, m.in pod cennikiem szkółki jeździeckiej w skład której wchodzi jakieś 8 koni, z czego 9 kulawych i dwa kuce. Zwerg zaczął z grubej rury, że co ja robię z tym koniem, że przód jest za bardzo obciążony, że to prosta droga do rzeźni...„Hallo erstmal” (najpierw cześć) przerwałem niegrzecznie sędziemu, trenerowi, jeźdźcowi, koordynatorowi. Następnie udzieliłem gnomowi informacji, że ze słuchem u mnie w porządku i nie musi mówić tak głośno. Po czym, co mogło zdziwić trenera, koordynatora, jeźdźca, sędziego, bo przecież się znaliśmy, spytałem tak jakbym podejrzewał, że jest lekko głuchawy : „wer bist du zum teufel !!!? ”co prawda dosłowne tłumaczenie brzmiałoby „kim ty jesteś do diabła”, ale z racji tego, że to ja mówiłem i wiem jakie emocje towarzyszyły tej rozmowie optował bym za wersją bardziej adekwatną do sytuacji czyli „a kim ty kurwa jesteś!!!?” I jednym ciągiem, jak już byłem przy głosie postanowiłem się upewnić, czy jeździec, koordynator, sędzia, trener, siedzący pies, ma jeszcze jakieś tytuły „lekarzem weterynarii, specem od biomechaniki !!?” Uznałem również za stosowne odnieść się do według mnie nieuzasadnionej krytyki moich metod treningowych „do rzeźni ?!!! to ty ostatnio sprzedałeś konia prawie za cenę rzeźną, takie masz metody treningowe. Nie wiesz co robię, nie rozumiesz? Spytaj!”. Koordynator trenera psa przewodnika jeźdźca, siedzący sędzia, jakby się lekko zmieszał, poruszyłem niewygodny temat. Bo Ty nie rozumiesz, bo to był taki trudny koń, bo i tak się udało dużo zrobić. Na co ja, że faktycznie dużo, bo pod koniec coraz częściej biedny zwierz próbował stawać dęba, zacinał się i gdyby go nie sprzedał, to zapewne skończyłby w rzeźni, albo on lub jego uczeń w szpitalu. Coś pomamrotał pod nosem i poszedł. Spotkaliśmy się jeszcze w stajni. Uparty metr nie dawał za wygraną, bo to był taki koń, bo on wie co robi, bo on jest przecież sędzią, trenerem, bereitrem.... „Gówno mnie obchodzi czy ty jesteś sędzią, trenerem czy kim tam jeszcze, mi wystarczy, jak jeździsz. Kropka“. W tym momencie chyba niepotrzebnie emocje wzieły górę nad zasadami dobrego wychowania, bo odwróciłem się i poszedłem. „Ani dzień dobry, ani do widzenia, ani pocałuj mnie w dupę.” No właśnie, mogłem powiedzieć chociaż „ dzień dobry“.
Cdn.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 156 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 7, 8, 9, 10, 11


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group  
Design By Poker Bandits  
[ Time : 0.091s | 14 Queries | GZIP : Off ]